czwartek, 4 grudnia 2014

lemur jako mikołaj

Dzisiaj pobiłam chyba swój rekord. Wyszłam z domu około siódmej, a wróciłam o dwudziestej. Mam dość. Ledwo patrzę na oczka, mam takie małe szparki. Ale zaplanowałam na dzisiaj pakowanie prezentów na mikołajki i cieszę się, że chociaż to udało mi się zrobić :) 
Nieważne, że nie odrobiłam lekcji. Ostatnio tak bardzo nic mi się nie chce, a wciąż jest za dużo do zrobienia. Fajnie, że się coś dzieje, nie przeczę, ale czuję się tak strasznie zmęczona... Plus dopadło mnie przeziębienie. Super, nie? :')
Dobra, koniec użalania. 
Uwielbiam robić prezenty. Wróć, zacznijmy od początku. Uwielbiam święta i grudzień za to, że mam konkretny powód do robienia prezentów. Bez powodu też jest sympatycznie, ale w aurze świąt i zimy jest zdecydowanie lepiej. W tym roku podarki kupiłam już duużo wcześniej. Leżały w szafkach czekając na swój właściwy moment. I... w końcu nadszedł! Stwierdziłam, że zapakuję wszystko dzisiaj, przechowam i rozdam w sobotę :) 
Moim problemem jest to, że nie umiem pakować prezentów. ALE! Dzisiaj zauważyłam pewien progres w tej dziedzinie. Z roku na rok idzie mi coraz lepiej. Może już na to Boże Narodzenie wyjdzie ładnie :) Nie mogę się doczekać. Już planuję kolejne zakupy!

 Uwielbiam te wstążki. Są urocze :)

 Najlepszym prezentem dla mojej mamy jest książka pisarza, którego wspólnie uwielbiamy :)

 Kojarzy mi się to z cukierkiem xd

Scooby, zgadnijcie dla kogo ;)

I gotowe :)

A teraz pod prysznic i do spania. I tak dzień za dniem... A może mi się tylko tak wydaję, bo dni są krótkie... Nie wiem. 

Bo tylko Ciebie chcę na te święta.

Keep calm and love lemurs <3

wtorek, 2 grudnia 2014

koncertowy listopad

Spodobało mi się to blogowanie, nawet bardzo. Wkręciłam się, wciągnęłam, połknęłam bakcyla... określajcie jak chcecie :) W specjalnym kołowym notatniku wpisuje kolejne pomysły na posty, a w kalendarz daty ich publikacji. Harmonogram jest następujący: wtorek, czwartek i sobota to dni, kiedy będą się ukazywały posty. Szczęśliwi? Bo ja bardzo. Mam nadzieję, że nie będziecie mieli dość lemura ;) 
Lubię takie dni jak ten. Pomimo kiepskiego samopoczucia i nauki na historię jest całkiem fajnie. Planuję sobie prezenty na święta. Mikołajki już mam z głowy. Muszę tylko zapakować podarki dla najbliższych. Pogoda zrobiła się iście grudniowa. Wieje tak, jakby miało urwać głowę. Czyżby znów jakiś orkan? Ksawery, to ty? 
Ale wracając do listopada... Zaliczyłam w tym miesiącu dwa baardzo udane koncerty. W tym samym klubie - Kawon. Pierwszym z nich był koncert Comy 7 listopada. Wspominam z rozrzewnieniem, choć nie spełnili mojego marzenia o usłyszeniu "Ostrość na nieskończoność" na żywo. Cóż... mam pretekst, żeby jechać po raz kolejny. Modlę się, by zdobyli bączka na Woodstock Festival. Chciałoby się przeżyć to jeszcze raz :) A w Zielonej poznałam pana Roguckiego, który okazał się być bardzo sympatycznym i pozytywnie dziwnym człowiekiem. Nie zdziwiło mnie to jakoś szczególnie :) zebrałam autografy, zrobiłam pamiątkowe fotki i spełniłam marzenia. Fajnie, nie? Uwielbiam spełniać marzenia i zaraz potem wymyślać nowe. 





 

 ukochane zdjęcie na wieki <3

Drugim listopadowym koncertem był ten z przed wczoraj. 30 listopada słuchałam jak pięknie Mela Koteluk potrafi śpiewać. Naprawdę. Ogromne wrażenie wywarła na mnie ta dziewczyna. Dziewczyna stąd, z lubuskiego - tym większy powód do dumy i lokalnego patriotyzmu. Koncert absolutnie profesjonalny. Od początku do końca zagrany świetnie. Rozwaliła mnie na łopatki grając na wstępie moją ukochaną piosenkę "Dlaczego Drzewa Nic Nie Mówią". Odśpiewałam całą. Gdy tak sobie nuciłam przyszła mi do głowy pewna osobliwa myśl. Mianowicie po koncertach tak subtelnych wykonawców jak Mela Koteluk nie jestem zmęczona. Racja, nie wyładuję swoich emocji, nie wykrzyczę tego, co mi leży na sercu, ani nie wyżyje się w pogo, jednak... czuję się uspokojona i wyciszona. Miła odmiana :)
Wydarzenie to było dla mnie bardzo ważne. Bilety na ten koncert kupiłam mamie jako prezent urodzinowy. Cieszę się, że wszystko się udało i mamie także się podobało :) 





Keep calm and love lemurs <3

sobota, 29 listopada 2014

codzienny makijaż lemura

Na dworze jest tak strasznie zimno, że nie mogę wytrzymać... A to dopiero -2 stopnie. Boję się tej zimy... Dobrze, że ja siedzę sobie w ciepłym pokoju i nigdzie nie muszę wychodzić :)
Ale i tak dzisiaj czuję się okropnie. Jestem potwornie niewyspana, a jutro znów czeka mnie ciężki dzień. Przyjemny, ale pracowity. Kiedyś się wyśpię, na pewno.
Teraz naprawdę czuję się jak kupa. Wczoraj bawiłam się świetnie, obecnie umieram. Standard.
Pomyślałam, że jak się pomaluję to będzie mi lepiej. Ale jednak nie... Przynajmniej wyglądam trochę korzystniej. Dla samej siebie. Warto starać się dla siebie, nie dla innych. Bynajmniej mi to sprawia dużą przyjemność i zawsze to mniejsza presja, że komuś innemu się nie spodobamy. Gadam strasznie głupoty. Ale to przez to niewyspanie. I przejmujące zimno, które mnie dosięga pomimo gorących grzejników. Ciekawe czy jest spowodowane tylko temperaturą na dworze. Oh well, whatever, nevermind.
Za jakość zdjęć przepraszam, ale zepsułam aparat. I nie mam statywu. Trochę się namęczyłam, żeby zrobić jako takie zdjęcia. Jako takie, podkreślam. I nie jestem profesjonalistką! Po prostu ja się tak często maluję :)

Kosmetyki, których użyłam:
* cień Maybelline Color Tatoo Permanent Taupe
* paletka MUA (cień truffle)
* paletka Sleek i-Divine Storm (cienie: Snow Storm, Blackout)
* tusz essence Lash Mania Reloaded (uwielbiam go! Czyni cuda)
* pędzelki: Hakuro H69, płaski Elite, i lekko ścięty z AnnCo.
* korektor Maybelline Affinitone (03) Sand
* puder Manhattan Soft Compact Powder (3) beige 

Oto i one :)
(obrzydliwe żółte światło)

Krok 1:
Nakładam paluszkiem kremowy cień na zewnętrzną część i załamanie powieki:




Krok 2:
Na puchaty pędzelek nakładam brązowy cień z MUA i rozcieram całość:





Krok 3:
Rozświetlam środkową część powieki perłowym cieniem ze Sleeka. Ten sam pędzelek. 






Krok 4:
Teraz dolna powieka. Podkreślam ją w 3/4 długości tym samym cieniem z MUA używając płaskiego pędzla z Elite. Następnie rozcieram tym z AnnCo.




Krok 5:
Perłowy cień ze Sleeka aplikuję na pozostałą część dolnej powieki i w wewnętrznym kąciku oka. Używam do tego pędzelka z AnnCo. 



Krok 6:
Dzisiaj nie miałam ochoty na kreski (choć zazwyczaj w tym makijażu mam właśnie czarne kreski), więc postanowiłam użyć czarnego cienia ze Sleeka do podkreślenia linii rzęs. 





Krok 6:
Czas na tusz!



Efekt końcowy prezentuje się tak:




No i tak się to finalnie prezentuje. Nic specjalnego, zaskakującego, ani trudnego :) Wykonanie tego makijażu zajęło mi jakieś czterdzieści pięć minut z czego około dwudziestu pięciu zabrało ustawianie aparatu i robienie zdjęć xD Także niezbyt długo. Dodam jeszcze, że na żywo prezentuje się dużo lepiej niż na zdjęciach. Jeszcze nie nauczyłam się robić zdjęć, które w pełni odzwierciedlą wykonanie makijażu :)

Keep calm and love lemurs <3

P.S. Te loko-fale to pozostałość z wczorajszej półmetkowej fryzury :D
Dobrze, że jedną połowę tego liceum mam już za sobą :)
A impreza była super :)












wtorek, 25 listopada 2014

lemur wieczorową porą

Wróciłam dziś do domu i rozpoczęłam standardowy jesienno-zimowy wieczór. Został niecały miesiąc do świąt... A w moim portfelu, jak co roku, brak funduszy na prezenty dla bliskich. Trzeba zaciskać pasa... Jak co roku ;) Wracając jednak do tematu... Gdy parzyłam sobie kawę doszłam do wniosku, że w sumie to lubię te jesienno-zimowe wieczory. Niezależnie czy spędzam je sama czy z kimś (choć z kimś jest zawsze cieplej na sercu i cieplej w ogóle :)) mają w sobie coś przemiłego i cudownego. Szczególnie, gdy mogę ten czas poświęcić na totalny relaks i własne sprawy. Tak, wtedy jestem całkowicie szczęśliwa. 

Jak już wcześniej wspominałam - kawa jest obowiązkiem. A szarlotka z cynamonem jest bardzo jesiennym ciastem. I przepysznym <3

A tak to wygląda jak zapalę lampki. Lodowa komnata ;)

 Taak, przypałowe grube skarpety to mój zdecydowany faworyt. Bo zawsze mi zimno...

Czego lubię słuchać? Trzy ulubione płyty na taki wieczór :)

 Czy Kevin Costner nie jest podobny do Franka Sinatry? Są identyczni... Jedni z przystojniejszych mężczyzn na ziemi... :)

 Nadrabiam zaległości... :)

Czas na inspiracje!

Mniej więcej tak to u mnie wygląda. Uwielbiam takie dni jak ten. Kiedy nie muszę absolutnie nic, poza zajmowaniem się samą sobą. Nie zdarza się to ostatnio zbyt często... Ciągle jest tyyle do zrobienia i jeszcze więcej... Żyję coraz bardziej intensywnie i prawdopodobnie zwolnię dopiero na emeryturze ;) Ale jest dobrze. Ostatnio nawet bardzo dobrze :) 
 
So keep calm and love lemurs <3

wtorek, 23 września 2014

stokrotki na paznokciach

Niestety poprzedni post się usunął. Ale to nic. Przeczytałam kilka kolejnych książek Sparksa, więc napiszę go niedługo od nowa. Może byłam trochę zła, ale już mi przeszło. To tylko zwykły głupi post, na zwykłym głupim blogu, o zwykłych książkach. Nic wielkiego. Czasem przydarzają się gorsze rzeczy...

W związku z tym, że muszę czymś zająć myśli postanowiłam trochę pobawić się z paznokciami. Usiadłam więc przy biurku, wyjęłam pudełko z lakierami i wybrałam te odpowiednie. Zainspirowało mnie zdjęcie znalezione na weheartit.com. Stwierdziłam... czemu by nie?

W głośnikach brzmi Jeff Buckley i Damien Rice. Na zmianę. W kółko. Bez ustanku. I dzięki temu jest lepiej. Na tyle na ile to w ogóle możliwe. 

Pociągam trochę nosem i ledwo mówię. Przeziębienie chyba ze mną wygrywa. Wiele rzeczy ostatnio ze mną wygrywa. Głównie życie. Niestety. Mój komputer też mnie pokonuje. Już drugi raz próbuję napisać tego posta. Oby się znów nie wyłączył... Ale już niedługo. Służył mi wiernie przez 6 lat, jednak czas się z nim rozstać. Przynajmniej z rzeczami roztaje się łatwo. 

Wobec tego, pomimo długiego wstępu, zapraszam na mini tutorial. 


Produkty, których użyłam:
  • Sally Hansen Nail Protex
  • czarny lakier Manhattan Quick Dry 60 Seconds
  • biały lakier Barry M Vernis A Ongles
  • złoty lakier Wibo Express Growth 174
  • niebieski lakier Astor Quick'n Go! 379 (opcjonalnie, ja zdecydowałam na lakier z Wibo)
  • patyczek do szaszłyków/wykałaczka



    Krok 1:


    Maluję paznokcie odżywką.

     
    Krok 2:


    Na odżywkę nakładam dwie warstwy czarnego lakieru. Nie polecam jednak lakieru z tej serii, ponieważ jest gęsty i ciężko się nim maluje. Nie zgęstniał pod wpływem czasu. Od samego początku ciężko mi się z nim współpracuje.


    Krok 3:


    Na sztywną kartkę upuszczam sobie trochę białego lakieru. Lakier z Barry M jest trochę rzadki. Możecie odczekać dwie minutki aż trochę zgęstnieje. Łatwiej będzie nim robić wzroki.

     
    Krok 4:


    Następnie biorę patyczek do szaszłyków, zamaczam ostrą część w białym lakierze i rysuję kwiatki, płatek po płatku. 

     
    Krok 5:


    Upuszczam nieco złotego lub niebieskiego lakieru. Ja zdecydowałam się jednak na złoty. Również możemy troszkę odczekać, aż zgęstnieje.


    Krok 6:


    Na białych kwiatkach robimy złote środeczki jednym muśnięciem patyczka. Po malowaniu kwiatków patyczek dobrze jest wytrzeć w papierowy ręcznik lub chusteczkę. 

     
    I tak prezentują się gotowe paznokcie:


     
    Nie utrwalam ich żadnym top coutem, ponieważ moje obydwa zgęstniały :(
    Nie lubię też efektu grubych warstw na paznokciach, więc ten ostatni element sobie daruję :)

wtorek, 25 marca 2014

kłody, pustynie i upragnione deszcze...

Ależ dzisiaj miałam kiepski dzień. Ze względu na samopoczucie przede wszystkim. No bo jak można się czuć, kiedy od czterech dni pada deszcz...? Dzisiaj choć na chwilkę wyglądało słońce, ale dla lemurka z Madagaskaru to wciąż za mało. Nigdy wcześniej aż tak rozpaczliwie nie potrzebowałam słonka :c 

Och, doba powinna mieć przynajmniej 26 godzin. Nie mogę się wyrobić w tych marnych dwudziestu czterech godzinach... Czy tylko ja mam ten problem? Jest tyle rzeczy do zrobienia... Szkoda, że czasem potrafię przesiedzieć godzinę gapiąc się w komputer. Niedobry lemur. Można by ten czas spożytkować przecież w inny sposób, np. czytając książki. Tak bardzo zaniedbałam mój rozwój intelektualny, że mój mózg czasem pobolewa. Szczególnie, gdy robi poważne błędy ortograficzne... Ale to pomińmy, to w zasadzie nieważne... (tak, tłumacz tak sobie). Aż chciałoby się zadać pytanie: Taki z ciebie humanista? No właśnie. Wstyd mi troszkę, nie powiem, że nie. Dwudziesty pierwszy wiek dostarczył nam wspaniały pretekst dla obniżania naszej inteligencji - Internet. Zbawienie, a zarazem przekleństwo. A może to tylko ja stale przeholowuje w złą stronę? Za dużo czasu tracę na głupotki z nim związane. Ale jakoś tak nie mogę się zmusić do wzięcia książki w łapkę. Przeglądanie fejsa jest dużo mniej obciążające umysłowo... A szkoła tak wykańcza... Staczam się, w moim mniemaniu, jako człowiek... Muszę w końcu zadbać o swój mózg (głaszcze mózg). 

Skoro już jesteśmy przy czytaniu... Odrabianie lekcji może człowieka wyprowadzić z równowagi. Tym razem zeszyt poleciał na drugi koniec pokoju przy okazji zadania z polskiego. Polski, niby przedmiot, który przychodzi mi dość łatwo. W gruncie rzeczy tak właśnie jest. Dziś niestety, niejaki Wacław Potocki i jego zawiły wiersz "Zbytki polskie" zmusił mnie do refleksji na temat przerabianych utworów. Będąc w pierwszej klasie liceum doszłam do wniosku, że większość przerabianych lektur, poematów i tym podobnych, do mnie nie przemówiło. Prawdopodobnie do reszty biednych uczniów także. Wszystko takie odległe, zawiłe, skomplikowane. Na palcach jednej ręki można by wyliczyć dzieła, które przypadły mi do gustu. I nie, wcale nie jestem wybredna. Po prostu nie będę doceniać czegoś, co jest mocno przeciętne. Dlaczego w niektórych epokach dużo łatwiej było się wybić, a w innych należało stworzyć niemalże epopeję narodową? I naprawdę, we współczesnym świecie jest mnóstwo książek, które śmiało mogłyby zastąpić te nudne, spasłe, nadęte lektury. Mówią w końcu o tych samych wartościach, przekonaniach. Pokazują patriotyzm i takie tam. Uczniowie i tak tych lektur nie czytają. Jaki więc jest ich sens? 
Z drugiej jednak strony szkoda by było pracy takiego Mickiewicza czy Szekspira (o ile on w ogóle istniał...). Prawdopodobnie każdy pisarz czy poeta chce żeby jego dzieła zostały docenione. Tylko czasem za chiny nie można się rozeznać o co mu chodziło. Taki już chyba przywilej artysty... A Ty, biedny uczniu, męcz się sam. 

Cóż za pełna frustracji dygresja. Lubię analizować wiersze, żeby nie było! Poezja jest super. Tak samo jak książki. Sprawa komplikuje się, kiedy ciąży nad tobą presja uzyskanej za tą interpretację oceny. No wtedy jest problem. Ale przecież życie jest pełne wielkich, zwalistych kłód rzucanych nam pod nogi. Moją dzisiejszą kłodą okazał się pan Potocki. Ale spokojnie, sprytny lemur i z tym wyzwaniem sobie poradził. Rozszyfrowałam pana, panie Wacławie! 

No i znów prawie 23. Znów się nie wyśpię. Chyba powinnam się pomału przyzwyczajać. Sen jest dla słabych! Szkoda, że łóżko rano jakoś tak za wygodne... 



Przyjemna piosenka. Chyba znalazłam kolejny fajny zespół. Trzeba będzie przesłuchać więcej utworów. Może w końcu na muzyczną pustynię spadł deszcz? Nawet w postaci jednej, małej kropelki ;) Przemycam też trochę słoneczka, ku pokrzepieniu zasmuconych dusz :)



P.S. Pisząc tego posta moja lampka na biurku wyzionęła ducha. Tyle lat mi dzielnie służyła, tyle nocy ze mną nie przespała... Będę tęsknić.

poniedziałek, 24 marca 2014

całkiem nowa wizja i mocno inne kamienie...

Wpadłam ostatnio na pomysł bardziej kreatywnego rozwiązania dla tego bloga. Od dłuższego czasu kręci mnie portal o nazwie youtube, a co za tym idzie tzw. vlogowanie. Jednakże moja twarz jak i sposób mówienia nie nadają się do złego, krwiopijczego świata internetów *muzyczka z horroru*. Toteż stwierdziłam, że dużo przyjemniejszym i zarazem odpowiedniejszym dla mnie miejscem będzie blogger. Blog blogiem, inspiracje inspiracjami i tak dalej, ale warto też czasem poruszyć głębsze kwestie, zastanowić się nad sensem życia i takie tam. Siedemnastolatka zajmująca się problemami ludzkości? Dość ryzykowne posunięcie. Jednakże przekonałam się wiele razy, że taka siedemnastolatka może mieć więcej do powiedzenia niż nie jeden dorosły, więc oto jestem! *tutututum*


Dziś był całkiem sympatyczny dzień. W ogóle ostatnio jest coraz więcej śmiechu i radości z tego życia. Chociaż wciąż nie zdaję z matmy, ale to przecież tylko 2%... Grunt to pozytywne nastawienie! Tak sobie powtarzam i jest jakoś lepiej. Ale wciąż, wciąż nie mam czego słuchać *chlip* Dotychczasowa muzyka, jakiej słuchałam jakoś tak mi się znudziła... I nic nie porwało mnie na tyle, bym się tym bliżej zainteresowała. Szkoda, bo nie lubię nie słuchać muzyki...

Anyway, w piątek wybraliśmy się z Łukaszem do kina. Spontaniczna decyzja, podjęta w pięć minut. Słoneczko grzało, ptaszki śpiewały, więc można iść na randkę. Od dłuższego czasu chciałam zobaczyć ekranizację "Kamieni na szaniec". Książka mnie zachwyciła, porwała, poruszyła, wzruszyła do łez. Uwielbiam wojenną tematykę, a "Kamienie na szaniec" były strasznie realistyczne i fajnie napisane. Zaciekawiły i nie zawiodły, po prostu. I baardzo chciałabym powiedzieć to samo o filmie, jednak skłamię jeśli to uczynię. Obrazowo nie był zły. I może nawet gdybym nie czytała książki przypadłby mi do gustu. Ale to tylko wielkie może. Na szczęście książkę przeczytałam, znałam wszystkie wątki i całą fabułę. Szkoda, że twórcy filmu zdecydowali się tak mocno ją okroić. No bo pominąć śmierć Alka? To mi się chyba najbardziej nie podobało. Widziałam tam wielką przyjaźń Rudego i Zośki, best friends forever. No okej, ale o ile się nie mylę ich było trzech... no nie? Zawsze się mówi Rudy, Alek i Zośka. Więc dlaczego w filmie był Rudy i Zośka, a gdzieś tam Alek? Nieładnie, nieładnie. 
Bardzo mocno skupiono się na Akcji pod Arsenałem. Ale żeby oprzeć na tym cały film? Nie wiem, nie podobało mi się to. Skupiono się na torturowaniu Rudego tak bardzo, że w pewnym momencie zaczęło mnie to nudzić. Ze śmiercią Zośki też się nie wysilili... Zawód i jeszcze raz zawód, bo spodziewałam się czegoś więcej po tym filmie. 
No fajnie pokazali wojenną Warszawę, do kostiumów nie mam zastrzeżeń, gra aktorska nie była powalająca, ale dobra. Pasowała do filmu, do bohaterów, przyjemnie się patrzyło. Plusik także za podobieństwo aktorów do rzeczywistych bohaterów. Wszystko współgrało. Ja rozumiem, że rozbudowując fabułę film trwałby za długo. Ale może choć troszkę można by okroić Akcję pod Arsenałem i pokazać coś więcej... Nie? No nie, bo już za późno. Film zrobiony, przedstawiony... A że hitu kinowego nie będzie? Trudno. Ważne, że książka się wszystkim podoba ;)

Ogólnie moja opinia jest raczej negatywna. Zapowiadało się fajnie, ale może właśnie za bardzo się na ten film nastawiłam i stąd wynika moje rozczarowanie... No ale może komuś się akurat ten film spodoba. Jak dla mnie zbyt ogólnikowy, a zarazem szczegółowy. Ciężko to nazwać... Chyba każdy musi ocenić sam, bo przecież racja jest jak dupa i każdy ma swoją :D


A tak w ogóle to pisząc tego posta puściłam sobie Kings of Leon. Jednak nie wszystko co stare mi się znudziło :) Miło posłuchać... Może w końcu czas też skończyć czytać ich biografię...


Reklama ciastek tak bardzo. Ale polecam, są pyszne!