Wpadłam ostatnio na pomysł bardziej kreatywnego rozwiązania dla tego bloga. Od dłuższego czasu kręci mnie portal o nazwie youtube, a co za tym idzie tzw. vlogowanie. Jednakże moja twarz jak i sposób mówienia nie nadają się do złego, krwiopijczego świata internetów *muzyczka z horroru*. Toteż stwierdziłam, że dużo przyjemniejszym i zarazem odpowiedniejszym dla mnie miejscem będzie blogger. Blog blogiem, inspiracje inspiracjami i tak dalej, ale warto też czasem poruszyć głębsze kwestie, zastanowić się nad sensem życia i takie tam. Siedemnastolatka zajmująca się problemami ludzkości? Dość ryzykowne posunięcie. Jednakże przekonałam się wiele razy, że taka siedemnastolatka może mieć więcej do powiedzenia niż nie jeden dorosły, więc oto jestem! *tutututum*
Dziś był całkiem sympatyczny dzień. W ogóle ostatnio jest coraz więcej śmiechu i radości z tego życia. Chociaż wciąż nie zdaję z matmy, ale to przecież tylko 2%... Grunt to pozytywne nastawienie! Tak sobie powtarzam i jest jakoś lepiej. Ale wciąż, wciąż nie mam czego słuchać *chlip* Dotychczasowa muzyka, jakiej słuchałam jakoś tak mi się znudziła... I nic nie porwało mnie na tyle, bym się tym bliżej zainteresowała. Szkoda, bo nie lubię nie słuchać muzyki...
Anyway, w piątek wybraliśmy się z Łukaszem do kina. Spontaniczna decyzja, podjęta w pięć minut. Słoneczko grzało, ptaszki śpiewały, więc można iść na randkę. Od dłuższego czasu chciałam zobaczyć ekranizację "Kamieni na szaniec". Książka mnie zachwyciła, porwała, poruszyła, wzruszyła do łez. Uwielbiam wojenną tematykę, a "Kamienie na szaniec" były strasznie realistyczne i fajnie napisane. Zaciekawiły i nie zawiodły, po prostu. I baardzo chciałabym powiedzieć to samo o filmie, jednak skłamię jeśli to uczynię. Obrazowo nie był zły. I może nawet gdybym nie czytała książki przypadłby mi do gustu. Ale to tylko wielkie może. Na szczęście książkę przeczytałam, znałam wszystkie wątki i całą fabułę. Szkoda, że twórcy filmu zdecydowali się tak mocno ją okroić. No bo pominąć śmierć Alka? To mi się chyba najbardziej nie podobało. Widziałam tam wielką przyjaźń Rudego i Zośki, best friends forever. No okej, ale o ile się nie mylę ich było trzech... no nie? Zawsze się mówi Rudy, Alek i Zośka. Więc dlaczego w filmie był Rudy i Zośka, a gdzieś tam Alek? Nieładnie, nieładnie.
Bardzo mocno skupiono się na Akcji pod Arsenałem. Ale żeby oprzeć na tym cały film? Nie wiem, nie podobało mi się to. Skupiono się na torturowaniu Rudego tak bardzo, że w pewnym momencie zaczęło mnie to nudzić. Ze śmiercią Zośki też się nie wysilili... Zawód i jeszcze raz zawód, bo spodziewałam się czegoś więcej po tym filmie.
No fajnie pokazali wojenną Warszawę, do kostiumów nie mam zastrzeżeń, gra aktorska nie była powalająca, ale dobra. Pasowała do filmu, do bohaterów, przyjemnie się patrzyło. Plusik także za podobieństwo aktorów do rzeczywistych bohaterów. Wszystko współgrało. Ja rozumiem, że rozbudowując fabułę film trwałby za długo. Ale może choć troszkę można by okroić Akcję pod Arsenałem i pokazać coś więcej... Nie? No nie, bo już za późno. Film zrobiony, przedstawiony... A że hitu kinowego nie będzie? Trudno. Ważne, że książka się wszystkim podoba ;)
Ogólnie moja opinia jest raczej negatywna. Zapowiadało się fajnie, ale może właśnie za bardzo się na ten film nastawiłam i stąd wynika moje rozczarowanie... No ale może komuś się akurat ten film spodoba. Jak dla mnie zbyt ogólnikowy, a zarazem szczegółowy. Ciężko to nazwać... Chyba każdy musi ocenić sam, bo przecież racja jest jak dupa i każdy ma swoją :D
A tak w ogóle to pisząc tego posta puściłam sobie Kings of Leon. Jednak nie wszystko co stare mi się znudziło :) Miło posłuchać... Może w końcu czas też skończyć czytać ich biografię...
Reklama ciastek tak bardzo. Ale polecam, są pyszne!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz